Patrik Hellebrand jeszcze kilka miesięcy temu znajdował się na liście życzeń Aleksandara Vukovicia w Widzewie Łódź. Były już trener RTS-u przyznawał wprost, że chciałby mieć Czecha w swoim zespole, ale sytuacja kadrowa i finansowa klubu mocno ograniczała jego możliwości. Ostatecznie 27-latek przeniósł się za 1,7 miliona euro do Korony Kielce. Dzisiaj oba kluby dzieli sześć punktów, a Łukasz Masłowski tłumaczy, dlaczego latem Widzew nie mógł działać na rynku tak swobodnie, jak mogłoby się wydawać.
Latem nazwisko Patrika Hellebranda regularnie pojawiało się w kontekście odejścia z Górnika Zabrze. Czech miał za sobą bardzo dobry sezon i należał do najważniejszych zawodników zespołu, dlatego zainteresowanie jego transferem nie było zaskoczeniem. Jednym z klubów łączonych z pomocnikiem był Widzew. Początkowo sam zawodnik przekonywał, że o zainteresowaniu Łodzian wie przede wszystkim z mediów, ale kilka tygodni później Aleksandar Vuković potwierdził, że rzeczywiście widział dla niego miejsce w swojej drużynie. Ówczesny trener Widzewa mówił przy tej okazji o szerszym problemie. Po poprzednim sezonie klub nie miał pełnej swobody na rynku, ponieważ musiał mierzyć się z konsekwencjami wcześniejszych decyzji kontraktowych i wysokimi kosztami utrzymania części kadry. Vuković przyznał, że taka sytuacja zamknęła możliwość pozyskania kilku piłkarzy z Ekstraklasy, których chętnie widziałby w Łodzi. Hellebranda wskazał jako konkretny przykład.
Czech ostatecznie nie trafił jednak do Widzewa. Kilka dni później ruch zrobiła Korona Kielce, która zdecydowała się uruchomić zapisaną w kontrakcie pomocnika klauzulę odstępnego. Kielczanie zapłacili Górnikowi 1,7 miliona euro. Jak na realia klubu była to potężna operacja i jednocześnie jeden z najgłośniejszych ruchów całego letniego okna w Ekstraklasie. Korona brała przy tym zawodnika, który nie potrzebował czasu na poznawanie ligi i przez dwa sezony w Zabrzu pokazał, że może należeć do najlepszych środkowych pomocników rozgrywek.
Masłowski: najpierw trzeba było uporządkować Widzew
Kilka miesięcy później temat wrócił za sprawą Łukasza Masłowskiego. Dyrektor pionu sportowego Widzewa mówił o tym w programie „Sport po łódzku” w TVP3 Łódź, gdzie został zapytany między innymi o transfery oraz różnice między sytuacją łodzian i Korony Kielce. Masłowski tłumaczył, że latem klub znajdował się przede wszystkim na etapie porządkowania kadry. Nie chodziło wyłącznie o sprowadzenie nowych zawodników, ale również o przebudowę struktury płacowej, zwolnienie miejsc w zespole i podjęcie decyzji dotyczących piłkarzy, którzy nie pasowali do dalszej wizji drużyny. Nie ukrywał także, że w Łodzi znajdowali się zawodnicy z wysokimi kontraktami, którzy nie dawali jakości odpowiadającej ponoszonym kosztom. Część kadry trzeba było przebudować ze względów sportowych, część finansowych, a w niektórych przypadkach znaczenie miały również kwestie dotyczące funkcjonowania całej szatni. Dopiero po wykonaniu takiej pracy można było myśleć o przeznaczaniu większych pieniędzy na kolejnych zawodników, nadal pilnując jednak, żeby nie przepłacać.
Transfer Hellebranda dobrze pokazuje różnicę między możliwościami obu klubów podczas letniego okna. Korona mogła przeznaczyć 1,7 miliona euro na jednego konkretnego piłkarza. W Łodzi równolegle trwała znacznie większa przebudowa, obejmująca odejścia, wypożyczenia i sprowadzenie całej grupy nowych graczy. Duży budżet właściciela nie oznaczał więc, że każdą kolejną decyzję można podejmować bez patrzenia na już istniejące kontrakty i strukturę wynagrodzeń.
Korona Kielce z Hellebrandem dwa razy ograła Widzew Łódź
Cała historia nabrała dodatkowego smaku już po rozpoczęciu sezonu. Korona przyjechała w sierpniu do Łodzi i wygrała ligowe spotkanie 2:1, a Hellebrand rozegrał pełne 90 minut. Kilkanaście dni później oba zespoły spotkały się ponownie, tym razem w Pucharze Polski. Czech znów znalazł się w podstawowym składzie i ponownie spędził na boisku cały mecz, a kielczanie zwyciężyli 1:0 i wyrzucili Widzew z rozgrywek. Po dziewięciu kolejkach różnica między klubami jest również widoczna w tabeli. Korona zgromadziła 15 punktów i zajmuje szóste miejsce, natomiast Widzew ma dziewięć punktów i znajduje się na dwunastej pozycji. Trudno oczywiście sprowadzać tę różnicę do jednego transferu, zwłaszcza że Hellebrand nie jest zawodnikiem budującym swoją wartość przede wszystkim golami i asystami. Czech jest jednak podstawowym graczem zespołu i od początku sezonu regularnie spędza na boisku pełne 90 minut.
Widzew latem również wydał duże pieniądze i sprowadził kilka głośnych nazwisk, dlatego nie chodzi o prostą historię, w której jednego klubu „nie było stać”, a drugi dysponował większym budżetem. Vuković mówił o ograniczeniach wynikających z wcześniejszej sytuacji kadrowej, a Masłowski kilka miesięcy później właściwie rozwinął ten sam wątek. Najpierw trzeba było uporządkować istniejące zobowiązania i przebudować zespół, dopiero później można było myśleć o bardziej agresywnych ruchach transferowych. Przypadek Hellebranda jest pod tym względem wyjątkowo czytelny. Widzew chciał zawodnika, którego dobrze znał z Ekstraklasy, ale nie doprowadził transferu do końca. Korona uznała natomiast, że 1,7 miliona euro za jednego z najlepszych pomocników poprzedniego sezonu jest wydatkiem, na który może sobie pozwolić. Po dwóch miesiącach trudno jeszcze rozstrzygać, kto lepiej wykorzystał całe letnie okno, ale pierwszy fragment sezonu zdecydowanie lepiej wygląda w Kielcach.



